– Dzień dobry, dobry wieczór – grzecznie przywitał się Roman Trávniček, czeski stand-uper mieszkający w Polsce. W swoich żartach z humorem opowiada o życiu Czecha w Polsce, różnicach kulturowych, polsko-czeskich stereotypach oraz swoich doświadczeniach z integracją.
– Dzisiaj macie szczęście – trysnął żartem – bo zobaczycie na scenie prawdopodobnie najlepszego polskiego stand-upera i na bank najlepszego czeskiego stand-upera. Witajcie, witajcie, od razu mówię, że nie jest to najgorsze, co mnie w życiu spotkało, bo mieszkałem w Sosnowcu.
Polacy wyprecyzowali narzekanie do takiego stopnia, że nawet zapytasz się, co słychać, a nie ma co narzekać. I ja do dzisiaj nie wiem, czy to jest pozytywna, czy to jest negatywna informacja. Narzekanie i przekonanie o wyższości Polaków, który mieli najwspanialszego papieża, bo Papieża Polaka, najlepszą jesień, bo Polską Jesień, jednym słowem Dobre, bo polskie i radosne opowieści z krematorium wypełniły niezwykle zabawny supporting act wybitnie przystojnego Szwejka, przed występem Gwiazdy wieczoru Mateusza Sochy.
Pierwszy raz na scenę wyszedł w styczniu 2016 konkursie dla amatorów „Kuźnia Stand-upu”. W tym samym roku został finalistą Stand-up War i Antrakt Stand-up Festiwal. W 2017 zawodowo zajął się stand-upem.Od 2019 systemtycznie, co dwa lata kasuje: Golden Mics – nagroda dla najlepszych polskich stand-uperów przyznawana w plebiscycie organizowanym przez portal StandUpedia – zatem bez wątpienia warto było szczelnie wypełnić salę widowiskową MDK i zapłacić drobne 150 zł na 110 min (oba występy) wyśmienitego wodotrysku humoru okraszonego słowami niewiele ważącymi, bo – jak stwierdził w krótkiej rozmowie (podaję z pamięci, bo nagrywanie zabronione), przez w domu wszyscy klną, więc nie ma powodu do zdziwienia. Gdy spytałem, za co zatem płacić ciężkie pieniądze, uśmiechnął się dobrotliwie i dodał, że w domu opowiadanie humorów, jest przewidywalne, bo każdy zna opowiadającego, więc wiadomo, co opowie, natomiast ze sceny dowcip okraszony mocnym słowem, wart jest wiele.
Wystąpił zatem z przytupem i tryskał humorem jak dziurawe wiaderko stęchłą wodą.
Zaczął od kpin (zasłużonych) z ostatniej Eurowizji – wiedział, co mówi: Co tam się działo? Eurowizja, oglądałeś? Tak, super, ja nie oglądałem, ale wiem, że wygrała Bułgarka, taka cyca w papugach. I drugi był Izrael, tu musiał być Izrael. Daliśmy, który miał być bojkotowany, Izraelowi 12 punktów, daliśmy Maxa, k…a, Grzegorz Brown i gaśnica w telewizorze.
Wszyscy gadają o tym, że Ukraina dała nam zero. I każdy Polak się wnerwia: to ja im, k…a, dach nad głową zapewniłem, 800 plus, k…a, z moich podatków, a oni zero nam dają? Dostaliśmy 12 punktów od Niemców. Można? Można, tak.
I jeszcze o pannie młodej lat 43, która pobiła własną matkę na weselu w mieszkaniu, o przylocie r-35, które zamówił Błaszczak, a chwali się nimi Kosiniak Kamysz i o rekordowym szczupaku, który ma linie papilarne na brzuchu i tam by przykładał i-Phona, gdyby go miał, a o niego k…a, zaczęli się kłócić wędkarze, bo go rozpoznali. Jeden koleś, który złowił tego szczupaka wcześniej, mówi, że on złowił go na innym jeziorze, niż ci drudzy, co go złowili w innym jeziorze. Albo szczupak lata, albo oni lecą w …, nie?
Gorące brawa, owacje na stojąco!
Wyszedłem wcześniej – ze wstydem przyznaję, nie mam poczucia humoru.

