Stare Dobre Małżeństwo – tytuł mocno mylący, bo ani małżeństwo, ani stare, ani dobre. W tradycji i przekonaniu dobre małżeństwo to takie, które nie tylko się kocha, ale i trwa w nieustannej miłości przez długie, długie lata. Tymczasem z pierwotnego składu ostał ci się jeno – On, twórca, demiurg, gitarzysta, poeta, kompozytor, harmonijkarz ustny – Krzysztof Myszkowski. Rodem ze Złocieńca, miasteczka granicznego (jak nie przymierzając Jaworzno) między Wielkopolską a Pomorzem Zachodnim i jak Jaworzno do Śląska, bezceremonialne włączone do Bradenburgii, która ówcześnie władała Pomorzem. Nic więc dziwnego, że zakochał się w Bieszczadach, bo jakżeby inaczej, gdy pierwszego spotkał w nowym, obcym wówczas, nieznanym i groźnym miejscu, w Cisnej, jakżeby inaczej – w Siekierezadzie – Bogusza Bilewskiego, słynnego Kwiczoła, z którym zamienił parę… piw. Do dziś autograf wspaniałego Aktora traktuje jak święty Graal, choć pismo jest zdecydowanie niewyraźne, trudne do odczytania, podobnie jak autograf beskidzkiego Barda Krzysztofa – widocznie czerpie ze źródła do dziś. Jest także pomysłodawcą oraz twórcą Festiwalu Sztuk Różnych Bieszczadzkie Anioły. Piewcą Bieszczad, Aniołów, religijnym, bo jakżeby inaczej, choć inaczej – bardziej według Desideraty Maxa Ehrmanna: „Jesteś dzieckiem wszechświata, nie mniej niż gwiazdy i drzewa, masz prawo być tutaj i czy jest to dla ciebie jasne czy nie, nie wątp, że wszechświat jest taki jaki być powinien”.
Piewca przyrody, piewca świata i po prostu dobrego życia na tym jedynym (póki co) ożywionym świecie, a na pewno jedynym, na którym ludzie żyją, grają, śpiewają, a czasem i co nieco w siebie wchłoną z radości, że jeszcze żyją i mogą posłuchać wspaniałej muzyki.
Dziwnej, w tym współczesnym świecie, bo melodyjnej, zrozumiałej, którą cała publiczność sali widowiskowej MDK czysto i bez wysiłku podejmowała nie licząc nawet w dobroci swej anielskiej na zwrot choć części poniesionych kosztów widowiska, które własnym wysiłkiem mocno artystycznie wspierała. Jaworznickie Anioły!
Wspierała go również siostra (muzyczna) – tak ją przedstawił, choć nazwisko jakby inne – Beata Strzecha (Koptas). Łączy ich jednak pokrewieństwo trwalsze niż więzy krwi, które choć mocne często rozluźniają się w dorosłym życiu. Pokrewieństwo muzycznych emocji, muzycznych miłości do piosenki, która łączy, która sprawia, że życie staje się piękniejsze, a ludzie lepsi. To także wokalistka, kompozytorka i autorka tekstów, które dobrze się śpiewa przy ognisku, które łatwo wpadają w ucho i można przy nich pokołysać się łagodnie przy ognisku i nie tylko. W 1986 roku, założyła zespół POD STRZECHĄ, z którym zdobyła uznanie na najważniejszych festiwalach piosenki studenckiej w Polsce.
Był też starszy brat Wojciech Czemplik, multiinstrumentalista instrumentów szarpanych za struny. Razem – tu pan Krzysztof się zadumał setnie, bo też do setki coraz bliżej i ujawnił, że razem tworzą grupę archeo SDM-u. Czas emerytury jednak dla muzyków nie nadchodzi zwykle wraz z ustawową datą, więc zapewne przyjadą jeszcze i pozwolą na wyciszenie się złych emocji, która atakują ze świata, szczególnie ze wschodniej jego części, ukoją wzburzone nastroje i pozwolą Beskidzkim Aniołom otulić swoimi skrzydłami złożonymi z drzew i krzaków, z gór i dolin, słońca i wiatru, z dźwięków melodii i słów, które koją i przynoszą otuchę niespokojnym duchom tęskniącym do zbliżającej się, choć wciąż dalekiej wiosny. Ale za to zimę mamy w tym roku naprawdę zimową!

