i zamknę w ogniu – refleksje na temat „Romea i Julii 44”
Autorskie przedstawienie „Romeo i Julia 44” pani Anny Korczyk, którego premiera odbyła się 18 kwietnia 2026 r. w Młodzieżowym Domu Kultury im. Jaworzniaków w Jaworznie oparte na scenariuszu splatającym losy Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i Barbary Drapczyńskiej z doświadczeniem pokolenia Kolumbów, wymyka się jednoznacznym klasyfikacjom. Jest jednocześnie opowieścią o miłości i śmierci, o poezji i wojnie, o młodości i jej brutalnym przerwaniu. Każda próba uchwycenia istoty spektaklu skazana jest na fragmentaryczność, a całość rozprasza się niczym pył ruin Warszawy roku 1944.
Spektakl przygotowany przez wychowanków MDK (Teatr Pomiędzy) jawi się jako filozoficzna medytacja nad losem jednostki uwikłanej w historię. Konstrukcja przedstawienia, rozpięta między kolejnymi obrazami – narodzinami, młodością, wojną, miłością, wyborem i śmiercią – przypomina nie tyle linearną narrację, ile egzystencjalny traktat o dojrzewaniu w czasach apokalipsy spełnionej. Bohaterowie, początkowo niewinni, niemal arkadyjscy, stopniowo zostają wciągnięci w wir wydarzeń, który wyrzuca ich poza istnienie niczym siła odśrodkowa.
Postać Krzysztofa – poety, syna, kochanka – jest tu figurą rozdartej świadomości. Z jednej strony reprezentuje on romantyczne marzenie o sztuce zdolnej ocalić sens istnienia, z drugiej zaś doświadcza przymusu działania, który każe mu porzucić słowo na rzecz czynu. Jego monologi, w których powraca pytanie „być poetą czy żołnierzem”, przywodzą na myśl dramaty egzystencjalistów, dla których wybór jest zawsze aktem tragicznym. Zuzia – koryfeusz i przewodniczka odbiorców, pełniąca funkcję antycznego chóru. Zadaje pytania („Jak oni mogli żyć? Kim byli?”), które nadają spektaklowi wymiar refleksji metahistorycznej. To dzięki niej widz zostaje zmuszony do konfrontacji z własną bezradnością wobec doświadczenia wojny, które wydaje się nieprzekładalne na współczesny język. W tym ujęciu „Romeo i Julia 44” to dramat o niemożności zrozumienia przeszłości i o konieczności nieustannego jej przywoływania.
Spektakl można również odczytać jako opowieść o miłości – intensywnej, gwałtownej i skazanej na zagładę. Relacja Krzysztofa i Basi rozwija się błyskawicznie, niemal wbrew logice świata, który ich otacza. Ich uczucie przypomina klasyczny motyw coup de foudre – nagłego, absolutnego porażenia miłością, które nie dopuszcza wątpliwości ani kalkulacji. Miłość ta jest jednak naznaczona tragizmem. Nie tylko dlatego, że rozgrywa się w czasie wojny, lecz także dlatego, że od początku podszyta jest świadomością kresu. Decyzja o ślubie, podjęta mimo sprzeciwu rodziny i realnego zagrożenia życia, ma charakter niemal rytualny – jest aktem afirmacji życia w obliczu śmierci. Ślub, wspólne marzenia, rozmowy o przyszłości – wszystko to odbywa się w cieniu nadchodzącej katastrofy. Miłość ta jest zarazem schronieniem i przekleństwem – daje siłę, ale też potęguje strach przed utratą. Szczególnie przejmujące są sceny intymne, w których bohaterowie dzielą się swoimi lękami i nadziejami. Dialogi pełne są czułości, ale też niepokoju – każde słowo brzmi jak ostatnie. Utrata dziecka, choroba Basi, ataki astmy Krzysztofa – wszystko to buduje obraz miłości kruchej, zagrożonej, a jednocześnie niezwykle silnej.
„Romeo i Julia 44” to także mroczny obraz wojny, przedstawionej jako rzeczywistość chaosu, przemocy i moralnej ambiwalencji. Czarni – personifikacja zła – nie są jedynie realistycznym przedstawieniem okupanta, lecz raczej symboliczną siłą destrukcji, która przenika cały świat przedstawiony. Ich śmiech, okrucieństwo i pogarda dla życia ludzkiego tworzą atmosferę grozy, która nieustannie towarzyszy bohaterom. Sceny walki, śmierci i cierpienia ukazane są w sposób intensywny, momentami wręcz brutalny. Nie ma tu miejsca na heroizację – śmierć jest nagła, przypadkowa, często pozbawiona sensu. Młodzi ludzie giną, zanim zdążą naprawdę zacząć żyć.
Wreszcie „Romeo i Julia 44” można odczytać jako dzieło autotematyczne – refleksję nad rolą sztuki w obliczu katastrofy. Postać Krzysztofa, rozdartego między poezją a walką, staje się symbolem artysty, który musi odpowiedzieć na pytanie o sens tworzenia w świecie ogarniętym przemocą. Czy słowo ma jeszcze moc? Czy poezja może ocalić pamięć, nadać sens cierpieniu, sprzeciwić się zapomnieniu? Przedstawienie można czytać jako teatralny esej o języku Baczyńskiego, który nie jest jedynie narzędziem opisu rzeczywistości, lecz próbą jej przekroczenia. Baczyński pisał językiem gęstym, nasyconym symboliką, momentami wręcz hermetycznym. Jego fraza przypominała sen – nieciągły, pełen nagłych przeskoków, obrazów, które trudno uchwycić racjonalnie, ale które działają na poziomie emocji. Spektakl oddaje tę specyfikę, budując sceny nie tyle linearne, ile asocjacyjne. Widz nie tyle „śledzi akcję”, ile zanurza się w strumieniu obrazów i dźwięków.
Tak, „ten czas” nie byłby tak sugestywnie przedstawiony, gdyby nie muzyka i taniec. Szczególną rolę pełni muzyka na żywo – perkusja i fortepian, które towarzyszą niemal każdej scenie. Ich brzmienie wyznacza rytm wydarzeń: od subtelnych, niemal medytacyjnych fraz po gwałtowne, perkusyjne eksplozje imitujące odgłosy bombardowań i walk. Muzyka nie jest tu tłem, lecz równorzędnym partnerem akcji scenicznej – komentuje ją, intensyfikuje, a czasem wręcz zastępuje słowo. Perkusja, raz subtelna, raz agresywna, przypomina bicie serca – indywidualnego i zbiorowego. Fortepian natomiast wprowadza element liryczny, melancholijny, czasem nostalgiczny. Ich dialog tworzy napięcie, które doskonale współgra z emocjonalną intensywnością scen. W pewnych momentach ma się wrażenie, że to właśnie muzyka „prowadzi” spektakl, a aktorzy jedynie za nią podążają. I jest to wrażenie jak najbardziej uzasadnione – bo w świecie Baczyńskiego rytm życia i śmierci jest nierozerwalny.
Liczne piosenki wykonywane do słów wierszy Baczyńskiego tworzą swoisty pomost między literaturą a teatrem. Wykonywane przez młodych aktorów, niosą w sobie autentyczność, której próżno szukać w profesjonalnych interpretacjach. To nie są popisy wokalne – to wyznania. Poezja śpiewana staje się formą dialogu między bohaterami, a zarazem między sceną a widownią. Dzięki nim poezja przestaje być jedynie tekstem – staje się doświadczeniem, które angażuje emocje widza na wielu poziomach. Wiersze Baczyńskiego, przekształcone w liryczne pieśni są bezpośrednim nośnikiem uczuć bohaterów; słowo poetyckie nie tylko wypowiadane, ale również wyśpiewywane nadaje mu dodatkowy wymiar ekspresji i sprawia, że widz niemal fizycznie odczuwa napięcie między miłością a śmiercią.
Układy taneczne, samodzielnie przygotowane przez uczestniczki zajęć teatralnych, wnoszą element autentyczności i świeżości. Ich choreografie, będące pełnoprawnym środkiem wyrazu, opowiadają o radości młodości, chaosie wojny i kruchości ludzkiego życia. Szczególnie wyraziste są kontrasty między harmonijnymi, niemal eterycznymi ruchami w scenach przedwojennych a gwałtownymi, frenetycznymi gestami w scenach wojennych. Dzięki temu spektakl zyskuje wymiar synestetyczny, oddziałując jednocześnie na różne zmysły odbiorcy; poprzez połączenie różnych form wyrazu – słowa, muzyki, śpiewu i tańca – możliwe jest stworzenie przestrzeni, w której pamięć przetrwa. Poezja śpiewana, obecna w przedstawieniu, staje się formą oporu wobec przemijania – sposobem na zachowanie głosu tych, którzy zginęli.
Spektakl „Romeo i Julia 44” to dzieło wielowymiarowe – jest jednocześnie opowieścią o miłości i śmierci, o jednostce i wspólnocie, o pamięci i zapomnieniu. Doskonale wykorzystana muzyka na żywo, poruszające interpretacje poezji śpiewanej oraz dopracowane układy taneczne tworzą spójną, sugestywną całość. Dzięki temu spektakl nie tylko opowiada historię, ale pozwala ją przeżyć – niemal namacalnie, w rytmie dźwięku, słowa i ruchu.
Choć temat spektaklu jest poważny, niektóre sceny – szczególnie te z udziałem postaci symbolicznych – mają charakter groteskowy. I choć mogą budzić uśmiech, jest to śmiech gorzki, podszyty niepokojem. Bo czy można mówić o wojnie bez groteski? Czy rzeczywistość, w której młodzi ludzie giną za idee, nie jest sama w sobie absurdem?
Czy jest to spektakl doskonały? Zapewne nie. Czy momentami popada w patos? Być może. Czy niektóre rozwiązania są zbyt oczywiste? Niewykluczone.
Ale czy można pozostać wobec niego obojętnym? Zdecydowanie nie.
Nie jest to przedstawienie łatwe ani jednoznaczne. Wymaga skupienia, wrażliwości i gotowości do konfrontacji z trudnymi tematami. Jednak wysiłek ten zostaje wynagrodzony – widz wychodzi z teatru poruszony prawdą, zadziwiająco często zapominaną we współczesnej Europie: „Naród, który nie szanuje swojej przeszłości, nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości”.
Jacek Fidyk


